Jak nauczyłam dwulatka robić jajecznice i podać mi ją do łóżka.




Dopóki nie zastałam mamą wierzyłam, że zdobywanie wiedzy nie boli, a jednak.


Po pierwsze można się nabawić bólu głowy od nadmiaru informacji, zwłaszcza tych sprzecznych ze sobą. Bo z jednej strony można przeczytać: daj dziecku miłość, bliskość i noś je ile wlezie, z drugiej zaś strony nie noś go za dużo, bo na łeb Ci wlezie.


No zwariować można!


Ale tu na szczęście swojej głowy możemy użyć i wybrać właściwą drogę przez macierzyństwo. Gorzej z tym innym bólem, który jest pochodną ciągłego poczucia winy, bo wraz z pojawieniem się dziecka wielu dobrych rodziców doświadcza ciągłego uczucia, że nie są wystarczająco dobrzy.

Od początku tylko słychać z każdej strony co się powinno. Jakby po dobre macierzyństwo z receptą do farmaceuty się przychodziło. I tak, masować niemowlę trzeba jak najwięcej, wychodzić na spacery, zupki przecierki robić (tylko eko rzecz jasna, z marchewki z ryneczku od Pana Zenka, oddalonego o 50km od domu), a do tego zabawiać, czytać, muzykę jeszcze w łonie matki prezentować, wiersze od początku wpajać, ah no a jak już przy wpajaniu jesteśmy, to jest pewne, że od początku musimy wpajać jeszcze coś innego - dobre zachowanie! Bo, przecież dobrzy rodzice mają ”grzeczne” dzieci. Na dodatek zdrowe i takie co wygrywają w wyścigu po kamienie milowe.

A potem jest już tylko gorzej. Bombardowani jesteśmy wskazówkami na szczęśliwe życie z tym dzieckiem idealnym, które sobie przecież sami powinniśmy dobrze ”wyhodować”. I tą naszą ciężką pracę możemy światu dumnie pokazać. To nasze dzieło (przeprasza… dziecko) piękne, mądre, przez nas szczegółowo zaprojektowane. I wszyscy wokół wykrzykują: Gratulacje dla Państwa! Wasze dziecko to najlepsza wizytówka Państwa wspaniałej nad nim pracy!

Tak, gratulacje…


Ostatnio ciągle tylko wpadają mi w ręce artykuły typu, jak nauczyłam dziecko czytać kilkaset stron w tydzień, może nawet w jeden dzień, nie wiem, nie pamiętam. Jak sprawić, żeby Twoje dziecko nigdy nie miało kataru, jak nauczyć nastolatka żyć całkowicie bez ekranu, bo ekran jest jak kokaina i w ogóle samo zło.

Jasne, można!

Sama bym chciała kilkaset stron w jeden dzień czytać, ale biorąc pod uwagę, że mam się ok, to większość dzieci też z pewnością obejdzie się bez tego.

Oczywiście nie zrozumcie mnie źle, dodatkowe umiejętności, czy choćby ograniczenia nie są złe same w sobie i mogą nawet być w cenie, ale błagam nie za wszelką cenę! Bo na zdrowie z pewnością mało komu wyjdzie.

I naprawdę, nie martwi mnie wcale to, że ktoś kilkuletnie dziecko nauczył grać sonaty Chopina, na dodatek jedną ręką, jestem nawet pełna dla tego dziecka podziwu, ale martwi mnie ta idea sprawczości. To myślenie, że to rodzice są odpowiedzialni za wszystko, dosłownie WSZYSTKO. Bo oczywiście jeśli o sukcesach mowa to niech rodzice zbierają pełne dumy fanfary. Dodatkowo, jeśli się naprawdę starali i dziecko ich wyrosło w pełni szczęścia i poczuciu bezwarunkowej miłości to przecież wszyscy powinniśmy zdjąć przed nimi kapelusze. Mnie jednak martwi to, że wierząc w to, że rodzice odpowiedzialni są za wszystkie sukcesy, to działa to również w drugą stronę.

Więc jeśli dziecko w wieku 10 lat, nie tylko nie czyta kilka setek stron w tydzień, ale ma problem, żeby przeczytać pół strony ze zrozumieniem, to też rodziców zasługa? Czy to dlatego, że rodzice mu nie czytali, albo może sami nie czytają i nie pokazują dobrego przykadu?

Co jeśli dziecko sparaliżowane lękiem nie potrafi sąsiadowi odpowiedzieć” dzień dobry”? Czyżby mama nie nauczyła dobrych manier?

Co jeśli dziecko powinno już dawno wyrosnąć z rzucania się na podłogę w przypływie emocji, ale niestety nie wyrosło, bo jego emocje są tak intensywne, że nawet dorosły stojąc na dwóch nogach by tego nie dźwignął? Czyja to wina? No jasne, rodziców!

Litości!

A co z genetyką, ogólnym funkcjonowaniem naszego ciała, wliczając w to mózg, fizjologię, hormony, różnego rodzaju niepełnosprawności, co ze środowiskiem, co z wszystkimi doświadczeniami, wliczając w to traumę, co z grupą społeczną i całą resztą czynników, których jeszcze nie do końca wpływu rozumiemy???


Ostatnio, niezwykle ciepły i kochający rodzic, martwiący się o rozwój swojego dziecka, które nie do końca wpisuje się w typowe standardy rozwoju, zapytał mnie:

- Myślisz, że to moja wina, może nie zrobiłem wszystkiego jak należy?


Ilu z Was zadaje sobie takie pytanie?


Jeśli choć jedna osoba, która to czyta jest w ty samym miejscu. Miejscu ciemnym i samotnym, w którym poczucie winy bardzo boli! To piszę to wszystko żeby Tobie powiedzieć, że byłoby wspaniale gdybyśmy, my, rodzice mogli naszym staraniem i miłością wszystko zaprogramować. Byłoby wspaniale! Ale naprawdę tak nie jest!

Jeśli Twoje dziecko nie wpisuje się w te wszystkie wygórowane czy chociażby typowe (neurotypowe) standardy to wiedz, że Twoje zadanie nie polega na tym, by codziennie dźwigać to ciężkie poczucie winy, ale by ciężar oczekiwań społeczeństwa zdjąć z Twojego dziecka. By w poczuciu szczęścia i bezwarunkowej miłości mogło poznać swoją wartość, zaakceptować i pokochać siebie.


Pewnie już się domyślacie, że nie powiem Wam jak tą jajecznicę do łóżka kilkulatek ma Wam zaserwować. Przepraszam, ale ja wolę zjeść ją przy stole i nie widzę problemu, żeby ją podać na talerzu temu kto ma akurat ochotę. A jeśli Wam się jednak marzy do łóżka, a Wasze dziecko chętnie pobierze takie nauki to jestem pewna, że potraficie kreatywnie podejść do tego tematu, a jeśli nie, to z pewnością znajdziecie gdzieś w internetowej przestrzeni.



Marta B.



Jeśli podoba Ci się mój wpis, proszę udostępnij go innym.

Polub moją stronę na Facebooku

852 wyświetlenia

© 2019 by Podwójnie Wyjątkowi 

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE, KOPIOWANIE CAŁOŚCI LUB FRAGMENTÓW BEZ ZGODY AUTORA ZABRONIONE